U2 – Songs of Experience

Nowa płyta U2 za często się nie zdarza. Po dość ekscentrycznie promowanej poprzedniej (o ile rozdanie jej za darmo, jak każdy Polak, przyjmuję z uszanowaniem, o tyle rozumiem rozgoryczenie ludzi, którym płyta się wepchała do biblioteki bez pytania) przyszedł kres eksperymentom wydawniczym.  Przed wydaniem albumu po prostu wypuszczono w internet i do radia parę piosenek, po czym przyszła kolej na cały album.

Logika zapowiedzi gdzieś po drodze się zagubiła, bo do promocji „Songs of Experience” wybrano chyba najsłabsze utwory na płycie. O ile jeszcze „Get Out of Your Own Way” jeszcze się jakoś broni, choć jest którymś-z-kolei „Beautiful Day”, o tyle „You’re the Best Thing About Me” jest strasznie nijakim generic-U2 songiem. Od niego lepsze jest na tym albumie wszystko, bo przynajmniej daje się za coś zapamiętać.

Czy na tej płycie jest hicior, który wszyscy zapamiętają na lata? Nie.

Ze dwie piosenki mają na to szansę, ale i tak uważam, że nie. Ale nie jest źle. Na „Songs of Innocence” było momentami źle i dziwnie, za to tutaj źle nie jest ani przez chwilę (nie licząc jednego bonusu, ale o tym na koniec), jest dobrze i bezpiecznie. Trochę chyba za bardzo melancholijnie, bo kopa w postaci „All Because of You” tutaj nie ma.

Napisałem, że jest „bezpiecznie”, ale album zaczyna się od dziwactwa. „Love Is All We Have Left” ze swoim autotunem i prawie ambientowym podkładem jest takim trochę „ZOO Station” tej płyty. Takim „The Fly”. Następujący jednak po nim „Lights of Home” to już takie U2 jakiego można się spodziewać.

Męczy mnie liczba ballad, szczególnie pod koniec. „13” (będąca wariacją nad „Song for Someone” z poprzedniej płyty, ale ta nowa jest bezpośrednią kontynuacją tej sprzed trzech lat, więc spoko), „Love Is Bigger Than Anything In Its Way”, „Landlady”, „The Little Things That Give You Away”. Z pięciu ostatnich piosenek na płycie, cztery to są ballady. Przydałoby się tam inne urozmaicenie niż ten jeden „The Blackout”. Ale nie narzekam, bo to są dobre piosenki. Chyba najbardziej mnie chwyta „Landlady”, która przez 3 minuty się snuje i zawodzi, a potem uderza prosto w serce tak cudowną końcówką z nienachalnym nawiązaniem do „Every Breaking Wave”, że wszystko jestem w stanie im wybaczyć.

Żywsze momenty też są. Jest ich za mało, ale są. I są dobre.

„The Blackout” jest fantastyczny, a gdyby był inaczej wyprodukowany, to byłby jeszcze lepszy. Więcej instrumentów, ciszej Bono i jest utwór na miarę „Vertigo”. W ogóle na całej „Songs of Experience” wokal Bono jest nieznośnie głośny, w porównaniu do instrumentów. Strasznie szkoda, bo pod spodem dzieją się rzeczy cudowne. A perkusji w większości piosenek nie słychać wcale.

Miodem na me serce jest środek tego albumu. Od „American Soul”, który podoba się chyba tylko mnie, przez „Summer of Love”, które trzeba polubić, ale z tego brzydkiego kaczątka po paru przesłuchaniach rośnie przepiękny łabądek ;), do wspomnianego wcześniej „The Blackout”. Zwycięzcami są jednak „Red Flag Day” i „The Showman”, które są jakby wyciągnięte z sesji do „War” albo nawet „Boy”. Najbardziej klasyczne postpunkowe U2, jakie sobie tylko można wyobrazić. Nie wiem czy oni teraz, na stare lata wpadli na te pomysły, czy to jest odkurzone, znalezione na samym końcu strychu stare demo, ale to jest ten fragment „Songs of Experience”, który ociera się o absolut. Dla samego „Showmana” warto było, aby oni tę płytę wydali.

Ogólnie to za dużo Bono, za dużo ballad, za mało rockowych zadziorów, ale są momenty.

I to takie momenty, które przykrywają wiele wad, które na „Songs of Experience” nietrudno znaleźć. W teksty Bono ja się nie bardzo wsłuchuję, bo bardziej niż przekazu, w muzyce szukam melodii. Jakby ktoś miał nadzieję, że Bono zszedł na ziemię, to niech Wam wystarczy stwierdzenie, że jest tam i o „kwiatach kwitnących na gruzach Aleppo” oraz słowotwórstwo postaci „RefuJesus”. Tak więc słyszeć, ale nie słuchać 😉

Aha, są jeszcze utwory bonusowe. „Ordinary Love”, które było kiedyś nominowane do Oscara (ale przegrało z disneyowskim „Let It Go”), tyle, że w trochę żywszym miksie jest ok. „Book of Your Heart” jest diamentem, który powinien być wśród podstawowego zestawu piosenek, bo jest nowym „Acrobatem”. Rzecz równie wybitna, jak bonus do poprzedniej płyty w postaci „The Crystal Ballroom”. Symfoniczny miks „Lights of Home” mi się podoba, za to elektronicznej wersji „Your’re the Best Thing…” nie da się słuchać i nie wiem kto to wpuścił na płytę.

Ogólnie mnie się to podoba, choć wady są. Słuchalne.

P.S. Konkurs na najdłuższą nazwę utworu postanowili tym razem wygrać liczbą kandydatów, bo większość piosenek ma tytuły nie dające się powtórzyć za pierwszym, drugim, ani nawet trzecim razem.