Acting like a maniac, Whiplash!

„Whiplash”. Film o młodym człowieku, który chciałby przejść do historii jako jeden z najlepszych perkusistów na świecie. I choć tytuł troszkę mylący, nie jest to film o Larsie Ulrichu, czyli perkusiście zespołu Metallica ;). Dokładnie przeciwnie. Pojawia się w nim nawet plakat z napisem „If you don’t practice, you end up in a rock band”. Ale pomimo to „Whiplash” jest świetnym filmem.

poster-pl

Młody człowiek trafia do najlepszego konserwatorium muzycznego w Stanach mając w głowie jeden cel – złotymi zgłoskami zapisać się w historii jazzu. Całe swoje życie podporządkowuje tej idei. Na początku jego celem jest dostać się do najważniejszego szkolnego big bandu, prowadzonego przez szkolną legendę, jednocześnie absolutnego i bezwzględnego tyrana.

Początkowo film przypomina typowe widowisko „from zero to hero” – mamy młodego, ambitnego człowieka, mamy mentora, który jest wymagający, ale zawsze ma rację. Później wielki występ – ukoronowanie całej pracy, triumf, fanfary, wino, kobiety i śpiew, kurtyna. Nie ważne czy tematem jest muzyka, sztuki walki czy inny sport, scenariusz jest zawsze taki sam. Jednak im bardziej poznajemy postaci, tym mniej „Whiplash” pasuje do powyższej sztampy. I dzięki tej swojej inności wygrywa.

Przede wszystkim bohaterowie wcale nie są tacy jednowymiarowi. Andrew, nasz młody perkusista, wcale nie jest tak jednoznacznie pozytywnym bohaterem, jakby się to z początku mogło wydawać. Chociażby jego wybuch i sposób argumentacji swoich racji i braku należytego uznania podczas rodzinnej kolacji wcale nie są godne naśladowania. Z drugiej jednak strony dużo łatwiej jest ocenić sukcesy sportowca niż muzyka, czego Andrew najwyraźniej nie wziął pod uwagę. Również podczas kulminacyjnej przemowy zapomina o swojej przeszłości, o tym w jaki sposób dostał się do pierwszego składu zespołu i wprost mówi, że jest lepszy od wszystkich. Nawet jeśli jest, to niesmak może pozostać.

Również nauczyciel-dyrygent też ma swoje racje, aby zachowywać się tak, jak się przez cały film zachowuje. Z resztą – jasno i precyzyjnie swoje credo w pewnym momencie wszystkim wyznaje. Jego metody, czasem dość okrutne, można wspólnie z nim usprawiedliwić. A to, że dla ludzi z zewnątrz mogą okazać się nieakceptowalne, wpisane jest w ryzyko, jakiego podjął się szukając najlepszych muzyków na świecie. Poza tym Fletchera poznajemy także od dużo łagodniejszej strony – widzimy jak się rozkleja po otrzymaniu informacji o śmierci swojego byłego ucznia, widzimy jak miły i przyjacielski może być, gdy rozmawia z córką jednego ze swoich znajomych. Dla swoich muzyków jednak jest mentorem-tyranem.

Trzecim bohaterem tego filmu bez wątpienia jest muzyka. Trochę obdarta ze swojego piękna, pokazana od strony żmudnych treningów, ciągłego dążenia do perfekcji, przywiązywania ogromnej wagi do najmniejszych detali, hektolitrów potu, pęcherzy na dłoniach i ćwiczeń aż do rozlewu krwi. Ciężko mi się wypowiadać nawet, bo w takim pojmowaniu muzyki jestem laikiem totalnym i fakt, czy Andrew na pierwszej próbie spieszył się, czy może opóźniał był dla mnie nie do wychwycenia. Ale równie często podczas prób nie bardzo wiedziałem jakim językiem pisany jest ten tekst tłumaczący dialogi. Muzycy, a nawet Ci, którzy obili się choć trochę o grę na jakimkolwiek instrumencie doświadczą tego widowiska mocniej niż ja.

Whiplash-7121.cr2

Ale nawet nie znając się na teorii muzyki  film chłonie się całym sobą. Sposób, w jaki Fletcher motywuje do cięższej pracy pochłania. Patrząc z boku momentami jest śmiesznie, ale nikt nie chciałby się znaleźć na miejscu ruganych. A przecież nie są to osoby z łapanki, tylko najlepsi muzycy w najlepszym konserwatorium. Elita, która jest pomiatana, wyszydzana, terroryzowana, ale dzięki temu chodzi jak w szwajcarskim zegarku i osiąga rzeczy, których mogłaby nie osiągnąć bez takich metod.

I o tym właśnie jest ten film – stawia pytanie, jak mocno można człowieka naginać, aby ten osiągnął swój szczyt. Nie podaje jednoznacznych odpowiedzi, jednak podaje różne skutki takich treningów. Poprzez niejednoznaczność bohaterów zajęcie stanowiska po jednej lub drugiej stronie nie jest takie oczywiste, jakie by się mogło wydawać.

Whiplash-5547.cr2

To, że film się tak świetnie ogląda, to w dużej mierze zasługa gry aktorskiej. Zarówno Miles Teller grający Andrew, jak i J. K Simmons w roli Fletchera są bardzo autentyczni w tym co robią i jak się zachowują. Widać, że Teller umie grać na perkusji i robi to dłużej, niż ewentualne przyspieszone przygotowania do filmu. J. K. Simmons w swojej roli jest tak autentyczny, że charyzma przebija przez ekran i jak Fletcher krzyknie, to nawet widzowie przed ekranem przestają przeszkadzać i siedzą cicho. Rola ma trochę szarż, bo trzeba było wrzeszczeć, machać rękami, pokazać totalną rozpacz po otrzymaniu tragicznych wieści oraz totalną miłość do muzyki (jak on się potrafi zatracić podczas dyrygowania, gdy wszyscy grają równo!), ale są one zagrane fantastycznie. Klasa.

Niektóre zdjęcia też są świetne. Szczególnie zbliżenia: talerze po zakończonym treningu, spocona głowa Andrew, jego wykrzywiona twarz podczas trudniejszych fragmentów, czy słoik pełny wody z lodem – zapadają w pamięci na dłużej.

WHIPLASH

„Whiplash” ma trochę pecha, bo premierę miał w pierwszy weekend roku, więc w podsumowaniach rocznych wszyscy o nim zapomną, a szczególnie gra aktorska zasługuje na zapamiętanie i wyróżnienie, bo jest fantastyczna. Polecam wszystkim, bo nawet jeżeli komuś nie podchodzi tematyka to i tak powinien się wciągnąć w przedstawioną historię.

No i jest jeszcze plakat, niestety zaciapany jak tylko się dało euforycznymi epitetami, a przez to gubiący swoją moc. A sama perkusja na czarnym tle i tylko tytuł filmu byłyby olśniewające. Niemniej – polecam 🙂

Ode mnie solidne 9. i foka.